Jutro ustny koreański, pojutrze gramatyka i tłumaczenia, ale co ja będę o tym się rozpisywać, skoro macie to z nosie :P To ja spinam poślady, piszę przez 5 dni codziennie noteczkę, cobyście byli na bierząco, liczę na jakieś słowo wsparcia/zaparcia, a tu NIC?
Jak Wy mi tak, to ja Wam tak. O. Skończyło się, nic więcej nie piszę. Idę sobie zrzędzić pod nosem po koreańsku.
Dzisiaj bimbam. Mam za sobą znaki, może uda się złapać piątkę, ale z tymi tłumaczeniami, które zaproponowałam, to niekoniecznie :D Mimo wszystko na pewno będzie pozytywna ocena.
Jutro będziem grzebać w koreańskim i gramatyce. A tak przy okazji grzebania:
Kabaret Potem – Antygona
Wracając dziś z zaliczenia z chińskiego (które, tak przy okazji, ROZWALIŁAM, chyba nawet na 5 – niachNIACHniachniach!), zastałam w parku takie scenkie:

A może by tak kaczka na niedzielny obiad?… Sąsiedzi są wyjątkowo ubodzy w jadalne psy :P
…jutro zaliczenie z chińskiego :D Nawet gdy tańczyłyśmy sobie dziś z Jasią do muzyki z radyjka, to nagle włączyli tę piosenkę:
http://www.youtube.com/watch?v=Mw36F_nEztU
Chyba czas na kolejną herbatkę i wracam do moich ukochanych znaków. Czyń zło!
Od roku myślałam że „nampjon” (남편, 男便), czyli „mąż”, oznacza „wygodnego faceta”, czyli takiego, który się przydaje, wiecie – jest pod ręką, naprawi, przyniesie. Jakże byłam naiwna. Przed zaliczeniem naszło mnie na dumania i wydumałam, że kolejność znaków ma duże znaczenie. Najpierw jest „nam” czyli mężczyzna, a dopiero potem „pjon”, czyli ułatwiać sobie, komfort. HA! Czyli mąż to ten, któremu jest komfortowo i łatwo, bo zamężna kobieta, wg znaków, to „służąca do wszystkich robót”.
Uczę się dalej, może dowiem się jeszcze czegoś ciekawego.
Sikorki ostrzą ząbki na świeże połcie słoninki wywieszane przez miękkoserce staruszki, a za oknem niestrudzenie prószy. A, jak wiadomo, im bardziej prószy śnieg, bim-bom – tym mniej myszy się chce. Więc mysz robi piętnastą herbatkę, gryzmoli coś w ćwiczeniach od koreańskiego i patrzy tępo na notatki z literatury. Chyba nie ma rady. Trzeba zastosować drastyczne środki i pomyśleć o zaliczeniu ze znaków w piątek.
Myślę, myślę.
O, przeszło mi. Idę zrobić siusiu i puścić bączka w łazience i, pełną parą (że tak się wyrażę) wkraczam do akcji –ZAKUWANKO!
A, tylko jeszcze powiem: jutro odbieram nowe okularki od okulisty. Pikne, nowiusieńkie, leciuchne (jak zapewniał pan optyk) i w ogóle „wyjechane w kosmos”, posługując się wyrażeniem popularnym wśród współczesnej młodzieży.
I jeszcze z nowości, to na dzisiejszym koreańskim przyszedł do nas jakiś pan Koreańczyk, przedstawił się, powiedział, że chciałby zaproponować wymianę (koreański za polski) i że zostawia swój adres e-mail i bardzo prosi o kontakt. Dodał też, że 5 lat służył w wojsku jako pilot w jakiejś wyższej randze oficerskiej i że rok studiował w Korei polonistykę. Ten wojskowy akcent całkiem odstraszył kolegów, którzy nawet kiwali głowami, że oni to by chętnie się pouczyli z panem. :D A koleżanki odstraszył wiek. Biedny pan, został podsumowany przez koleżankę: „wygląda na miłego, ale twarz ma wybitnie panoramiczną”… Więc chyba pozostanie mu uczenie się polskiego z „Klanu”. A tu „Klan” ma niedługo dobiec końca! I co teraz?!
No idę, bo jeszcze jeden bączek w stołek i mogę sobie darować naukę w tak skażonym środowisku. Ku kuchni! Patataj, patataj…

zrzędzenie