Ach, więc to jest to słynne ucinanie notek przez serwis, Ghandiu? Mojej notki było na 2 strony. Myślałam, że po prostu nie wyświetla się cała, a tu się okazuje, że ją ucięło, jak… jak… jajka drwalowi na śliskim? Czy coś. Albo umarłemu kadzidło. Dopiero teraz rozumiem komentarze pod tą notką. Postaram się uzupełnić o to, co pamiętam, choć nie będzie to już ten sam geniusz i to samo natchnienie. Niech cię, serwisie blogowy, z twoimi zawszonymi szablonami i wcinającymi się notkami!
No to: …spędziłam nad nią dwa wieczory, wielokrotnie zastanawiając się, czy nie rzucić tego wszystkiego w cholerę i dlaczego, do jasnej, rwie mi się…
…nitka. Było to bardzo bolesne doświadczenie i kosztowało mnie dużo cierpliwości. Tym razem przeczytałam najpierw dokładnie i kilkakrotnie instrukcję maszyny, zanim nawinęłam nić na szpulkę i przewlekłam przez te wszystkie wihajsterki. Ustawiłam naprężenie, jak się patrzy, pospinałam szmatki ze sobą – choć nie pamiętałam dokładnie, co mną kierowało, kiedy je cięłam w takiej konfiguracji) i siu! zszyłam wszystko, jak Pan Bóg przykazał.
A teraz w kuchni jest piknie i czerwono. A zasłon nie trzeba już spinać spinaczem do bielizny, bo przy starych trzeba było zasłonić tworzącą się między nimi (z ich przyrodzonej wąskości) szparę, przez którą niechybnie sąsiedzi podglądali moje conocne nadużycia kofeinowe. Wszystko na glancyk i luksusowo, że hej. Nawet falbankę żem czasła tym zasłonom. Hsio hsio hsio.
A propos kofeinki, czas na kawkę. Jutro ostatni pisemny teścik na koreański, potem już tylko ustny egzamin. Tymczasem wrócę do powtórki :) żeby mieć dobre, koreańskie sny.
„-Jaki sprzęt alpinistyczny dostał Jezus na urodziny?
-Od patriarchów czekany.”
A propos szukania w kolędach zwierzątek :)
Moi Drodzy,
wybaczcie mi to chwilowe zapuszczenie, ale miałam swoje powody (które nawet teraz leżą tutaj przede mną i kwitną, szczególnie literatura koreańska i znaki). Powoli staram się ogarnąć i nie idzie mi źle. :)
Oprócz nauki, która – mimo że jest jej ogromnie dużo – sprawia mi niesłychaną przyjemność, zajęłam się dopieszczaniem mieszkania. Zmieniam tam i siam jakieś szczególiki (tylko na to mnie stać, poza tym, to w końcu nie moje mieszknanie, więc co za sens wkładać w nie więcej?), żeby poprawić sobie samopoczucie. W czwartek wybrałam się do Ajkjei i kupiłam m.in. najtańszy komplet sztućców (jeden dostałam już od mikołaja Afaliny), które się nie wyginają przy używaniu, parę obiektów organizacyjnych (kubełki, ograniczniki na półki do książek, koszyk na jednorazówki) oraz – dam dam dam DAAAAM – materiały na zasłony. Starałam się tak manipulować przy ucinaniu tych szmatek, żeby nie wydać na nie więcej, niż są warte.
Po powrocie do domu porozkładałam sobie wszystko na miejsce i zadowolona stwierdziłam z satysfakcją, że to kolejny krok do uporządkowania. A potem usiadłam obok tej kupki materiałów (i samych materiałów, które leżały w swojej kupce) i zaczęłam się zastanawiać, co mi strzeliło do głowy. Ostatni raz siedziałam przy maszynie niecały rok temu, kiedy próbowałam sobie uszyć spódnicę ze starej zasłonki. Szczerze mówiąc, to uszyłam tę spódnicę i jest nawet ciekawa :D Może troszkę za luźna. Całe szczęście, nie spada mi całkiem z tyłka, bo zatrzymuje się na ogranicznikach z kości miednicy :P Do tego jest racze spódnicą na późną wiosnę… No w każdym razie, pamiętam, że spędziłam nad nią dwa wieczory, wielokrotnie zastanawiając się, czy nie rzucić tego wszystkiego w cholerę i dlaczego, do jasnej, rwie mi się
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że wybór nowego systemu pisania notek i nowego szablonu wiąże się z całkowitym pozbawieniem wyboru, w jakiej formie mają się ukazać. Nie udostępnia się blogującym tej swobody, co kiedyś. Już nie ja decyduję, w jakiej czcionce będzie wyświetlana moja wypowiedź. Dlatego mimo że najbardziej podoba mi się (z pośród szalonej liczby 5 czy 6 dostępnych) najprostszy szablon bloga, nie mogę go używać, bo jest w miniczcionce.
Zmieniam więc (po raz kolejny, wybaczcie) szablon na coś, co w ogóle umożliwia czytanie (czy nie taki był pierwotny zamysł bloga? – żeby go… czytać?…), bez konsekwencji całkowitego oślepnięcia. Grr.
No i zdenerwowałam się. No i znowu będę żreć czekoladę. Ech.
Przepraszam za zaniedbanie, ale ostatnio doświadczam blogostrętu. Czytać – czytam, owszem, z przyjemnością, ale pisać za nic mi się nie chce. Ech…

zrzędzenie